Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2009

Mission complete. Next level...

"Wszystko przemija, co jest piękne
Wszystko co piękne jest...
...zostaje"



Dzisiaj miałem piękny sen. Wracałem do Polski, razem ze wszystkimi Erasmusami - ot, jechaliśmy na wycieczkę...

Koniec Erasmusa - uczucie trudne do opisania. Niezwykle egzotyczne. Przed oczami pojawia się długa lista niezrealizowanych jeszcze planów, niewykorzystanych możliwości. Tyle jeszcze mam do zrobienia. Do tylu osób, miejsc i rzeczy jestem tutaj przywiązany, a teraz trzeba to wszystko zostawić i najzwyczajniej w świecie odejść. Wrócić do kraju. Na usta cisną się słowa sprzeciwu - to zupełnie zrozumiałe.

Sięgam pamięcią do tych wszystkich chwil, również do tych pełnych niepewności, zwątpienia, napięcia. Jakie te wszystkie problemy są teraz nieistotne.


Wierzę, że Erasmusem zostaje się na całe życie. Jest to doświadczenie, którego inni ludzie nie zrozumieją w całości. Rozumiemy tylko my. I jestem przekonany, że koniec Erasmusa też jest jego częścią. Bardzo istotną. Cieszę się, że się skończył.


Takie jest zakończenie tej historii, historii pewnej podróży. Przyszła pora na next level...

niedziela, 14 czerwca 2009

Polska cukiernia


Będąc ostatnio w polskiej dzielnicy w Atenach postanowiłem odwiedzić Polską Cukiernię. Była to dla mnie radość, którą trudno wyrazić słowami. Greckie słodycze są bardzo smaczne niemniej jednak pewna gama produktów jest w Grecji nieosiągalna. Na przykład pączki - polskie i greckie to dwa różne światy. Podobnie jest z ciastami - my mamy duży wybór ciast wszelkiego rodzaju. Grecy gustują głównie w czekoladkach (znacznie smaczniejszych niż polskie).

Po uważnym zapoznaniu się z asortymentem sklepu postanowiłem zadowolić się ptysiem, gdyż pączki były tylko z budyniem. Przy okazji stałem się jednak świadkiem ciekawego dialogu między klientką a sprzedawczynią, który mówi co nieco o Polonii w Grecji.

- dwie pączki poproszę
- dwa pączki - poprawia grzecznie ekspedientka
- no tak...


To nie jedyny problem z jakim boryka się część naszego społeczeństwa na emigracji. Dowiedziałem się, że od przyszłego roku grecki rząd najprawdopodobniej nie będzie finansował pierwszej klasy polskiego liceum oraz nauczania religii w podstawówce i gimnazjum...


--
Teraz właśnie siedzę na pokładzie promu. Wracam do Polski z Polakami z dzielnicy w Atenach. Morze jest wyjątkowo spokojne, zachodzi słońce. Rodacy piją na umór, zataczają się trzymając ścian. Rozmawiają o zarobkach, pracy i klną że aż słuchać hadko.


Nieco inna rzeczywistość, inne problemy. Trochę żal, trochę wstyd...

Na zdjęciu opakowanie po ptysiu.

wtorek, 26 maja 2009

Inglisz imprówment

To nie do końca jest tak, że na Erasmusie nasza znajomość języka angielskiego winduje dwa poziomy wzwyż. Oczywiście stajemy się dużo bardziej wygadani, lepiej rozumiemy ludzi mówiących z obcym akcentem. Uczymy się kilku slangowych słówek. Czasem zdarzy nam się napisać kilka stron studencką angielszczyzną w ramach pracy domowej na wydziale. No i to chyba tyle.

Każdy erasmus (za wyjątkiem tych pochodzących z krajów anglojęzycznych i studentów anglistyki) uczy nas nowych błędów, wynikających głównie z nieznajomości wyjątków czy literalnej translacji zdań z języka ojczystego. Ponieważ stanowimy naprawdę zamknięte (w sensie organizacyjnym) community to błędy te są powielane i przekazywane dalej. Używamy niepoprawnych konstrukcji gramatycznych, mylimy przyimki i zapominamy o wyjątkach.

Bez codziennego powrotu do świata teorii języka angielskiego można zapomnieć o jego szlifowaniu. Tę opinię potwierdzają niemal wszyscy studenci, wliczając studentów filologii angielskiej oraz tych posiadających przeróżne certyfikaty.

Chyba pora wrócić do Polski, aby nauczyć się angielskiego...

piątek, 15 maja 2009

Ciemna strona Aten

Muszę przyznać, że zaskoczył mnie poziom wzajemnego zaufania jakim obdarzają się Grecy. Ludzie nie są zazdrośni, zawistni czy pożądliwi. Telefon komórkowy zostawiony przypadkowo na stoliku w kawiarni będzie spokojnie czekał na powrót swojego właściciela. Radio samochodowe nie zostanie ukradzione nawet jeśli zostawimy samochód z otwartym oknem i kluczykiem w stacyjce. Bagaż nie zniknie jeśli pozostawimy go na przystanku autobusowym na godzinę lub dwie.

Wyjątkiem są Ateny - tutaj życie toczy się nieco inaczej. W niektórych dzielnicach lepiej nie pojawiać się po zmroku. Metro pełne jest kieszonkowców. Bardzo kiepskich zresztą. Próbowano mnie okraść dwukrotnie, w sytuacjach nader sprzyjających dla złodziei. Raz gdy taszczyłem ogromną walizę i gitarę a raz gdy drzemałem. Obie próby (na moje szczęście) zakończyły się niepowodzeniem.

...nie do pomyślenia w Polsce.

wtorek, 5 maja 2009

Widziałem dzikie i piękne krainy:
Powrót do Patry

Kilka dni podczas których gościłem w Patrze bohaterów naszej opowieści zapamiętam do końca życia. Głównie dzięki jednemu egzotycznemu wydarzeniu.

Znajomi zwykli organizować sobie czas samodzielnie, ewentualnie kierując się moimi wskazówkami. Pewnego dnia odwiedzili pobliski las piniowy i wrócili późnym wieczorem. Rozmawialiśmy w najlepsze, kiedy zauważyliśmy że przez środek mojego niewielkiego pokoju spaceruje skorpion. Jeden z kolegów (zanim zorientował się co to za zwierzę) zlikwidował go wstępnie za pomocą lacia, jak zwykł to robić ze wszystkimi stworzeniami które posiadają więcej niż cztery nogi i zakłócają spokój domowników.

Ostatecznie zrobiliśmy skorpionowi zdjęcie i dobiliśmy nieszczęśnika. Następnie przy użyciu zdjęcia i Internetu dowiedzieliśmy się, że jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych gatunków w Europie. Znajomi, śpiący do tej pory na podłodze, nie mieli najszczęśliwszych min. Dodatkowo źródło pochodzenia zwierzaka było dla nas nie lada tajemnicą.

Tajemnica rozwiązała się sama, gdy zademonstrowali mi całą reklamówkę szyszek, które zbierali poprzedniego dnia. Gdy z szyszki wyskoczył kolejny skorpion przystąpiliśmy do kolejnej egzekucji i utylizacji.

Moi goście pojechali a ja zostałem sam na sam z pokojem zamieszkanym przez niewiadomo co jeszcze...

czwartek, 30 kwietnia 2009

Widziałem dzikie i piękne krainy:
Ateny

Po drodze do Aten minęliśmy Olimp. Ten prawie trzytysięcznik robi wrażenie. Niestety trudne warunki pogodowe i brak czasu zmusiły nas do odłożenia olimpijskiej ekspedycji na bliżej nie określone potem.

W Atenach spotykamy przypadkiem dwie grupy moich znajomych z Patry. Erasmusów oczywiście. Świeci słońce, dwa dni z trudem wystarczają aby odwiedzić wszystkie najważniejsze miejsca.

W niedzielę wybieramy się do kościoła. Do Katedry Katolickiej, na mszę prowadzoną przez filipińskiego księdza. W życiu nie widziałem tak wesołej mszy świętej. Schola w białych szatach śpiewająca gospel i grająca na keyboardzie. Oczywiście wszystko po angielsku. Na pierwszy rzut oka całość sprawiała wrażenie czegoś między zabawą karnawałową a groteską Gombrowicza. Generalnie, chwila była dla mnie tak egzotyczna, że postanowiłem uchwycić ją aparatem. Wybaczcie partyzanckie warunki i bądźcie tak uprzejmi obrócić głowę o 90 stopni w lewo. Warto, nagranie przedstawia część mszy, którą w Polsce znamy jako Chwała na wysokości Bogu...





Dopiero kazanie pozwoliło zmienić mi zdanie na temat beztroski tego radosnego zgromadzenia. Było to chyba jedno z lepszych, które słyszałem.

Do Patry przyjeżdżamy późną nocą. To jeszcze nie koniec przygód..

środa, 29 kwietnia 2009

Widziałem dzikie i piękne krainy:
W mieście Aleksandra

Pomnika Aleksandra Wielkiego, jednego z największych zdobywców w historii ludzkości nie da się w Salonikach nie zauważyć. Dwa dni na zwiedzenie całego miasta to stanowczo za mało.

Mieszkamy w akademiku z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście po studencku (czyli nazywając rzecz po imieniu: nielegalnie). Wejścia pilnuje ochroniarz. Ma swoje biuro na parterze oraz na drugim piętrze. Dodatkowo cały system kamer do dyspozycji. Stosowanie się do instrukcji udzielonych przed wyjazdem przez Asię umożliwia nam przedostanie się do środka i przeżycie w dżungli elektronicznego monitoringu ;-). Istna zabawa w kotka i myszkę.

Pewnego wieczora znajomi zostali w kuchni zbyt długo. O 23 zamyka ją ochroniarz, który rzecz jasna nie może nas zauważyć. Niestety zauważył. W języku greeklish poinformował, że godziny odwiedzin dawno minęły i znajomi są kindly requested to leave. Chłopaki długo się nie zastanawiali, wyszli, ale dwa piętra niżej do pokoju w którym mieszkaliśmy. Stosunek Greków do pracy wszyscy znamy więc obyło się bez problemów.

Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Meteorów. Warto. Niestety lało i było pochmurno.

W czwartek Giorgos (znajomy Grek z Salonik) obchodził imieniny. Zaprosił nas do swojej rodzinnej wioski. Najpierw do kościoła a potem na kawę. Grecka msza (prawosławna) odbywa się raz dziennie, rozpoczyna się o 6:00 i kończy o 9:00 (rano). Większość Greków wpada do kościoła między 8 a 9. Czasem wejdą, czasem wyjdą na papierosa. Ksiądz śpiewa na zmianę z trzyosobowym chórem. Liturgia kończy się komunią, która jest elementem chyba najbardziej przypominającym liturgię katolicką.

Przyszła pora wyruszyć do Aten. Byłem tam już wiele razy ale znajomi jeszcze nie. Jak wspominałem, w Salonikach zaparkowaliśmy zaraz za zakazem postoju. Teraz pora zapakować samochód i pożegnać stolicę Macedonii. Czaka nas jednak niespodzianka - mandat oraz brak tablic rejestracyjnych. Ciekawa metoda egzekwowania płatności. Po opłaceniu na poczcie opłaty za parking (40€) wyruszamy na komisariat. Grecki policjant szuka naszych tablic pośród miliona innych, należących do podobnych nam szczęśliwców.

Znamy Grecki stosunek do pracy. Biorąc pod uwagę, że sprawę z tablicami udało nam się załatwić w ciągu jednego dnia wskazuje na nasze niebywałe szczęście. Nikt nie strajkował, poczta i policja były tego dnia otwarte. Cud. Niestety tablice były raczej wyszarpnięte niż odkręcone. Przykręcamy je sznurkiem i wyjeżdżamy. Nareszcie.

piątek, 24 kwietnia 2009

Widziałem dzikie i piękne krainy:
Jetson też jedzie


Od dawna planowałem wyjazd do Salonik. W przeddzień wyjazdu wybrałem się ze znajomymi do tawerny. Była to czysta przyjemność motywowana czystą koniecznością. W trakcie wakacji zamknięta jest stołówka, co ma bezpośrednie przełożenie na rozwój wszelkiego rodzaju usług (od przewozowych po gastronomiczne).

Podczas spontanicznej dyskusji w gronie Polskowęgiersko-hinduskoportugalskim okazało się, że do Salonik nie jadę sam a z Jetsonem z Indii. Imię prawdziwie hinduskie ;-)

Wspierając rodzimy przemysł wybrałem polski autokar (a w zasadzie dwa), które jeżdżą do Grecji:
  1. Polska - [...] - Włochy - Patra - Ateny
  2. Ateny - Saloniki - Serbia -[...] - Polska
Polak potrafi, więc w promocyjnej cenie, po konsultacji z kierowcą (któremu wspomniałem, że jadę z kolegą) wybraliśmy się do portu w Patrze gdzie mieliśmy oczekiwać na autokar.

Nie był to jednak koniec kombinatorstwa osadzonego w Polskiej mentalności. W Salonikach gdzieś musiałem spać. Mój pokój w akademiku pozostawał pusty. Zmysł logistyczny, odziedziczony po naszych przodkach a rozwinięty wybitnie przez zawiły bieg Polskiej Historii nie mógł pozostawić tej kwestii samej sobie. Korzystając z kilku zbiegów okoliczności, nawiązałem kontakt z polskimi studentami z Salonik, którzy w tym samym czasie odbyli wycieczkę na Peloponez.

To jeszcze nie wszystko. Znajomi z Polski postanowili złożyć mi wizytę. W duchu polskiej mikrologistyki obliczyli, że najtaniej jechać samochodem. Ja w swoim duchu obliczyłem, że skoro jadą przez stolicę Bułgarii, nie można takiej okazji zmarnować.

Umówiliśmy się w Sofii w południe.

Prom z Ankony (Włochy) spóźnił się o ponad godzinę a wraz z nim polski coach na pokładzie. Gdy przedstawiłem Jetsona kierowcy ten ostatni, w duchu polskiej gościnności oświadczył, że chciałby zobaczyć jego wizę i generalnie wolałby go nie brać żeby nie mieć problemów. Po długich oględzinach wizy, widząc że nie zamierzam ustąpić oświadczył, że OK. Jetson powiedział Thank you a kierowca w bezczelnym uśmiechu odparł Nie thank you tylko kasa. Przetłumaczenie tego Jetsonowi na angielski nie przeszło mi przez gardło.

Na pokładzie autokaru jedna ze współpasażerek powitała Jet'a sympatycznie: A ten co tu robi? Chyba autokary pomylił?!

Teraz byłem już pewien: jestem w Polsce, w takiej małej drapieżnej autokarowej enklawie w środku Grecji...

środa, 8 kwietnia 2009

Mimochodem

Niedawno mój promotor zapytał dlaczego nie poszedłem na studia dziennikarskie. Przyznam, że pytanie jest sensowne. Oczywiście nie mam tu na myśli przypisywanych mi (może nieco na wyrost) niebywałych talentów i zdolności. Pytanie jest o tyle dobre, że czasem naprawdę mam ochotę wysłać laptopa na złomowisko i z przysłowiowym węzełkiem na kiju wyruszyć tam, gdzie pieprz rośnie. Wypada to (miejsce porostu pieprzu) w okolicach Archipelagu Malajskiego, co zresztą średnio mi odpowiada bo spotykamy tam wyspę Jawa, która dobitnie pokazuje, że od świata informatyki nie ma ucieczki.

Z tymi studiami to jest tak: nie poszedłem na dziennikarstwo bo przestraszyłem się tego, jak ono wygląda. Kiedy byłem w liceum przyjechała do mnie duńska telewizja (pozwólcie, że pominę wyjaśnienie jak do tego doszło). Chcieli poznać nowych kandydatów do UE, w tym nasz kraj.

Pokazałem im moje piękne liceum, zabytkowy Nikiszowiec, grilla w ogródku u znajomych i polską kopalnię. Dziś wiem, że tego ostatniego nie powinienem był robić. Otóż pech chciał, że w tym momencie z kopalni wyjechała ciężarówka załadowana surowcem. Od węglowego pyłu i spalin kręciło nam się w nosach, Duńczycy prawie pobiegli kupić latarki.

No i jak myślicie, co pojawiło się w ich superobiektywnym materiale filmowym jako obrazek z Polski? Piękne mury neogotyckiej szkoły? Grupa przyjaciół opowiadających o Polsce grillując w ogrodzie? Zabytkowe budynki osiedla robotniczego z początku minionego wieku?
W duńskim dokumencie Polskę reprezentowała smogo-genna ciężarówka w chmurze pyłu. Gorzej niż Ich Troje na Eurowizji - oni też robili nieziemski jazgot ale przynajmniej nosili kolorowe ubrania (albo i włosy).

Tak więc zakończyła się moja przygoda z dziennikarstwem i jego szerokopojętą uczciwością - mogę uprawiać tę sztukę w wolnej chwili. Osobiście uważam, że osoby o technicznym wykształceniu, w szczególności informatycy, są w stanie dużo wierniej przedstawić rzeczywistość niż humaniści. Dla tych ostatnich zrobić z kropki przecinek to codzienność - ot, niby przypadkiem. Dla nas jest to w najlepszym przypadku 'fatal error, unexpected symbol at line 941'.

Oczywiście promotora (a zarazem erasmusowego koordynatora) serdecznie pozdrawiam, życząc jednocześnie dużo cierpliwości do mojej osoby po powrocie. Grecki temperament bywa zaraźliwy...

poniedziałek, 23 marca 2009

Zorbas Ho(s)tel

Siedzę na schodach ho(s)telu w Atenach. Oficjalnie jest to Hotel, jednak warunki są głęboko hostelowe. Jest jednak atmosfera, niepowtarzalna, trudna do opisania. Przewijają się tu ludzie z całego świata. Nie spotkałem tu jeszcze Greka (nie licząc recepcjonisty). Są Amerykanie, Polacy, Chińczycy, Węgrzy, mieszkańcy Tajlandii. Powody dla których tu przyjechali są skrajnie różne, każdy spotkany człowiek to nowa historia. Jedni przyjeżdżają do pracy inni na krótką wycieczkę, jeszcze inni odwiedzają znajomych.

Kilka miesięcy spotkałem tu Amerykankę, absolwentkę fizyki na jednym z amerykańskich uniwersytetów. Przyjechała tu aby grać na gitarze na ulicy. Oczywiście nie po to aby zarabiać pieniądze, chciała oderwać się od kraju Wuja Sama i wszystkich jego dobrodziejstw. Co ciekawe, po przeliczeniu jej miesięczne uliczne zarobki przekraczały znacznie sumę jaką zarabia polski nauczyciel dyplomowany z dziesięcioletnim stażem pracy.

Dla wytrawnych czytelników bloga istnienie polskiej dzielnicy w centrum Aten nie powinno stanowić tajemnicy. Ponieważ tym razem do stolicy Grecji przyjechałem z Barną (Węgrem), postanowiliśmy wpaść do polskiej restauracji na pierogi. Przy okazji zdobyłem też adres polskiego dentysty.

Dodam jeszcze, że głównym celem naszej bytności w tym imponującym mieście jest odebranie Marty i Justyny z lotniska. Kim są dziewczyny i co będziemy z nimi robić dowiecie się w następnych odcinkach ;-)

sobota, 28 lutego 2009

Erasmusowa równowaga

Zanotowałem ostatnio znaczne ożywienie życia erasmusowego. Ogólna integracja nastąpiła po międzysemestralnej zmianie naszego składu. Hiszpanie wyprowadzili się do wynajętego mieszkania, wyjechali Czesi, Amerykanie oraz część Polaków. Przyznam, że nie bez rozrzewnienia żegnałem wyjeżdżających. Na otarcie łez przyjechali Bułgarzy, dwoje Portugalczyków, Włoch, Austriak, Estończyk, Wegier, Rumunka no i... Francuzi.

Choć zdania na temat obecnego kształtu erasmusowej społeczności, zwłaszcza w zakresie integracji, są mocno podzielone ja dostrzegam znaczną poprawę. Uważam, że obecność dużych grup obywateli jednego kraju nie wpływała pozytywnie na nasze wzajemne relacje. Grupy mają znaczną skłonność do izolowania się.

Zaistniała sytuacja znalazła bezpośrednie odzwierciedlenie w sposobie spędzania wolnego czasu. Zaczęły się wspólne wyjścia na kawę, propozycje wspólnych wycieczek, teraz czeka nas wspólny karnawał (tak, w Grecji Wielki Post zaczynamy dopiero w przyszłym tygodniu, również w Kościele Katolickim).

Na chwilę obecną jedyną większością narodową są Francuzi, co też jest doskonałym przykładem dla powyższej teorii. Zaczynam żałować, że nie znam francuskiego, ale wszystko wskazuje na to, że mam teraz świetną okazję, żeby się nauczyć... ze słuchu. No cóż, może jeszcze kiedyś odkryją, że mówienie po angielski nie boli.

Muszę też pochwalić Polaków (może to trochę nieobiektywne) ale trzeba przyznać, że nawet gdy w dużej grupie naszych rodaków znalazł się choćby jeden obcokrajowiec, zawsze przełączaliśmy się na angielski. Czasami nawet z taką skutecznością, że zapominaliśmy potem powrócić do stanu poprzedniego.

Ot, taki erasmusowy savoir-vivre (oj, czyż to nie z francuskiego? ;-) )

wtorek, 24 lutego 2009

Gdzie jest Polska?

Życie na emigracji ma swój niepowtarzalny styl. Niezależnie od tego czy jest to Erasmus, czy praca na Wyspach są pewne wspólne elementy za którymi się tęskni. Brak tych elementów stanowi pewien problem, a gdzie pojawia się problem tam też powstają rozwiązania.

Poniżej lista czołowych rozwiązań pozwalających odnaleźć Polskę nawet w Grecji:

  1. Oczywiście Skype. Rozmowy na telefony stacjonarne za 7gr/min. Wszyscy znajomi w zasięgu ręki.
  2. TVP w internecie. Codzienne Wiadomości czy Teleexpress - niezastąpione.
  3. YouTube, masa polskich filmów (czasem w odcinkach), filmy dokumentalne itp.
  4. Wycieczka do polskiej dzielnicy w Atenach. Polski Kościół, polskie sklepy, polska prasa, polskie wszystko.
  5. Przesyłki autokarowe. Bezpośrednie połączenie Patra-Katowice. Można podać paczkę rodzicom, można poprosić rodziców o zrobienie zakupów w Polsce (o niebo taniej). Polskie produkty znacznie ułatwiają przeżycie.

Muszę przyznać, że Polacy to chyba najbardziej wszędobylski naród świata. Nasza barwna historia rozrzuciła nas po całym globie. Podobno masową emigrację rozpoczęli już konfederaci barscy w XVIII w, następnie kontynuowali rozmaici powstańcy, zesłańcy polityczni, mieszkańcy Polski rozbiorowej, mieszkańcy przymusowo przesiedleni, deportowani do pracy przymusowej, przeróżni uchodźcy, nielegalni emigranci okresu PRL no i wreszcie cała rzesza emigrantów ekonomicznych.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to smutne. Na drugi, zauważymy jednak pewne plusy. Polski sklep spotkałem ostatnio nawet w Brukseli. Jak wygląda (albo raczej wyglądała ;-) ) Irlandia wszyscy wiemy. Polskie dzielnice w Chicago, Hadze, Birmingham... Miasta takie jak Lwów, Grodno, Żytomierz... Ameryka, Kanada, Francja, Australia, Szwajcaria... Kościuszko, Szopen, Skłodowska, Dywizjon 303, Władysław Anders, Piotr Chomczyński...

Kiedyś pod katedrą św Stefana w Wiedniu ktoś poprosił mnie (po angielsku) o przypilnowanie przez chwilę roweru. Słysząc akcent zaproponowałem aby kontynuować konwersację po polsku. Nie pomyliłem się.

W Debreczynie (Węgry) odwiedziłem wystawę poświęconą Leonardo Da Vinci. Do konwersacji ze znajomymi, łamaną Polszczyzną, wtrącił się Węgier, opisując swoje emigracyjne losy.

Kilka tygodni temu w greckim kościele w Patrze zaczepiła nas Pani Polka, wypytując skąd jesteśmy.

W zeszłym tygodniu moją znajomą zagadnął (po polsku) pewien grecki student, słysząc że rozmawia przez telefon w ojczystym języku.

W minione wakacje dwójka Polaków wybrała się rowerami na Nordkapp (pozdrawiam Piotra). Kogo spotkali na najbardziej wysuniętym na północ przylądku Europy? Oczywiście, pedałującego w gęstej mgle rodaka...

Znacie kogoś w Kraju, kto nie ma bliższej czy dalszej rodziny w Ameryce, Kanadzie, Niemczech, Francji albo na Ukrainie?

Szacuje się, że poza obszarem państwa polskiego zamieszkuje 14-17 mln Polaków lub osób przyznających się do polskiego pochodzenia (źródło: encyklopedia PWN). Myślę, że kilka kolejnych podróżuje i wyjeżdża okresowo.

Naprawdę, pod wieloma względami jesteśmy wyjątkowym narodem, wyjątkowa historia, nieprzeciętna mentalność. Dopiero dłuższy wyjazd za granicę pozwala właściwie ocenić naszą wartość.

sobota, 21 lutego 2009

Mea kulpa

Przyznam uczciwie i bez bicia, tak zepsułem ostatnio naszą windę. Grecy generalnie nie budują wysokich budynków bo szybko im się burzą (trzęsienia ziemi). Ponieważ ostatnio chyba jednak dojrzeli do stosowania rozwiązań dla osób niepełnosprawnych nasz nowy akademik wyposażony jest w podjazd i windę (jako jedyny w kampusie).

Inwalidy tu jeszcze nie widziałem (i nic dziwnego). Nawet jeśli udałoby się go zakwaterować w akademiku to i tak ilość schodów niezbędna do pokonania w drodze na stołówkę czy do biblioteki skutecznie eliminuje osoby upośledzone ruchowo z grona studentów. No chyba, że wózek ma wbudowany helikopter (oczywiście słowo pochodzi z greckiego).

Windę popsułem oczywiście nieumyślnie, przyblokowawszy takie wewnętrzne rozsuwane drzwiczki, nie czyni to chyba jednak poważnego problemu bo budynek ma raptem dwa piętra. Jakkolwiek macie rację, należy mi się nagana, mogłem trochę bardziej uważać.

Po cichu zastanawiam się kiedy winda zostanie naprawiona. Usterka nie wygląda na poważną, winda zwyczajnie stoi na piętrze i nie reaguje na polecenia. Grekom nadal zdarza się czekać pod drzwiami niedziałającego dźwigu i tak sytuacja wygląda już od ponad tygodnia...

Myślicie, że zafundowałem sąsiadom najbliższe pół roku bez windy? Ach, ci Polacy...

sobota, 14 lutego 2009

Na Hiszpańskim dworze...

Pewien czas temu Hiszpanie wyprowadzili się ze Small Estia i wynajęli mieszkanie w centrum. Jak się łatwo domyślić rozpoczęło to nową erę w naszym Erasmusowym życiu imprezowym.

Myślę, że porównywalny sukces w zakresie rozwoju kultury i sztuki odniósł tylko Król Poniatowski organizując Obiady Czwartkowe...

Klika imprez u Hiszpanów mamy już za sobą (zdjęcia), a jutro kroi się następna. Warto docenić wkład własny uczestników w postaci przebrań oraz przygotowania Calimocho. Wykracza to w znacznej mierze ponad dotychczas przyjęty party standard, który charakteryzował się wybitnym przywiązaniem do średniej jakości studenckiego klubu Steki, gdzie aktywność uczestników nie wykraczała poza zakup kilku drinków we własnym zakresie. Jest to mały krok człowieka ale... no cóż, nie czarujmy się - do wieczorków poetyckich chyba tu nie dorośniemy.

Erasmus to temat dla psychologów i socjologów. Materiał na setki prac na temat konformizmu, pozornej uprzejmości, oportunizmu, różnic kulturowych, stosunków międzynarodowych itd. Czasem naprawdę lepiej jest odejść od zmysłów by nie zwariować.

Jenny?

środa, 11 lutego 2009

Ognista impreza

Pewien czas temu miałem przyjemność uczestniczyć w erasmusowym party. Wszak party to podstawa życia na wymianie.


Wydawać by się mogło, że impreza jest tym bardziej udana im mniej się z niej pamięta. Tym razem jednak zaobserwowałem wyjątek od reguły. Party było udane i pozostanie w mej pamięci do końca życia, a to głównie za sprawą pewnej zabawnej przygody.


Grubo po północy, gdy wszyscy zatańczali się w najlepsze, nieznany sprawca uruchomił alarm przeciwpożarowy. Świdrujący dźwięk zatrzymał imprezę i sprawił, że wszyscy wytrzeźwieli w przeciągu 5 minut. No dobra, prawie wszyscy.


Problem trzeba było rozwiązać - wszak z sąsiadami zamieszkującymi otoczenie akademika nie utrzymywaliśmy zażyłych stosunków. Syrena wyjąca przez pół nocy mogła tylko pogorszyć sytuację (oczywiście jeśli było jeszcze co pogarszać).


Na wysokości zadania stanęli Hiszpanie, którzy (jak zawsze) pełni heroistycznego altruizmu ruszyli do walki. Po pewnym czasie dołączyły posiłki austriacko-polskie (nie, nie chodzi o to że ktoś zamówił golonkę i bigos).


W ciągu godziny rozszyfrowaliśmy zasadę działania alarmu i naprawiliśmy naruszone obwody elektryczne. Nawet udało nam się zamaskować uszkodzenia tak, że wyglądały prawie jak nowe. Nasze obolałe uszy ukoiła błoga cisza.


Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony reakcją moich przyjaciół. Część poszła spać, spora grupa zaczęła sprzątać, reszta naprawiała. Niesamowite.



BTW: Może zastanawiacie się, czemu do akademika z wyjącą przez godzinę syreną alarmową nie zawitała straż pożarna? Ja też się zastanawiam. Wyjątkowo, nie wnikam.

Peter forever

Dziś pożegnaliśmy Petera - słowackiego studenta ekonomii (jeśli mnie pamięć nie myli) z czeskiego uniwersytetu. Trzeba przyznać, że chłopak się wyróżniał, każdy go lubił. Impreza pożegnalna jaką mu zgotowano była zdecydowanie najbardziej huczną imprezą tego pokroju.

Myślę, że niejeden Erasmus zadał sobie wątpliwym głosem pytanie czy jego pożegnalne party będzie choć w części dorównywało minionej imprezie.

Co stanowiło o 'sukcesie' Słowaka? Był taki nieprzeciętny czy raczej uniwersalny? Po głębszych przemyśleniach uważam, że był prosty. Prosty w sensie nieskomplikowany (a przynajmniej nie bardziej niż to konieczne).

Nie ubierał się w koszule z kołnierzykami i nie recytował Homera (choć słowackie pieśni powstańcze znał na pamięć ;-) ). Nie był głęboki i wielowarstwowy. Nie był super-ambitny-i-dumny, nienagannie-uprzejmy, sympatycznie-słodko-uśmiechnięty. Był dowcipny i bezpośredni. Trzeba przyznać, że był sobą a nie tym na kogo chciałby wyglądać. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Peter niejednokrotnie był kierowcą podczas naszych erasmusowych wycieczek. Pojawiał się też na chyba każdej imprezie.

Trochę przypominał jeansy. Nie mają falbanek ani koronek. Nie mają wbudowanego helikoptera ani GPS'a wszytego w nogawkę. Nie kosztują tyle co suknia wieczorowa czy spodnie z gore-tex'u. 100% of cotton, bez domieszek. Ale każdy je lubi, każdy je nosi i każdy uwielbia ten niebieski jeansowy kolor.

Pisząc ten tekst zdałem sobie właśnie sprawę, że przecież osobiście nie lubię jeansów właśnie dlatego, że noszą je wszyscy... Powiedzmy, że Peter pokazał mi, że nosząc niebieskie spodnie z Ameryki można czuć się dobrze i komfortowo.


Nic, koniec tego pochwalnego epitafium ;-) To, że będzie nam go brakowało jest oczywiste.

poniedziałek, 9 lutego 2009

droga do Delf

Kto zna budowlę ze zdjęcia? Oczywiście programiści! Siłą rzeczy wyjazd do Delf przywołał wspomnienia starych, dobrych czasów świetności firmy Borland.

W opisywanym wyjeździe tkwi pewien wyczyn. Droga do Delf była nieprzeciętnie skomplikowana. Nie chodzi, rzecz jasna, o drogę samochodową. Chociaż... zależy jak to ująć.

Zaczęło się tydzień temu. Razem z Solene (Francuzka) wyruszyliśmy na podbój car-rentali w centrum Patry. Po skonfrontowaniu możliwości z potencjalnymi korzyściami wywiesiliśmy białą flagę. Na otarcie łez zaaplikowaliśmy sobie spacer po mieście i dobrą kawę.

Przez cały tydzień zbieraliśmy posiłki (teoria dowodzi, że funkcja opłacalności od ilości osób w wynajętym samochodzie osiąga ekstremum przy pięciu pasażerach). Finalnie naszą samochodową armię stanowili wcześniej wymienieni oraz Ravi (Hindus), Sophie i Pauine (Francuzki).

W piątek (dzień przed wyjazdem) była impreza u Hiszpanów (spokojnie, opiszę we właściwym czasie). Impreza stanowiła poważny problem jeśli idzie o godzinę sobotniego wyjazdu, zatem kolegialnie zdecydowaliśmy jechać w sobotnie południe aby zabawić w Delfach do niedzieli.

Z perspektywy czasu kolegialnie uważamy, że był to błąd, ponieważ wypożyczalnie samochodów zamykane są o 2 pm. Wszystkie. Polakom, którzy nie znają południowców dopowiem: dotarcie do centrum zajęło nam ponad 1h gdyż czekaliśmy na autobus, który jeździ wg uznania kierowcy.

Godząc się z porażką przełożyliśmy wyjazd na niedzielę. Po pół godziny czekania na autobus w jakże optymistycznie nastawiającym nas deszczu wzięliśmy taksówkę. W centrum byliśmy na pięć minut przed godziną otwarcia wypożyczalni. Kolejne pół godziny spędziliśmy na czekaniu na spóźnionego właściciela, który wypożyczył nam ostatni z tańszych samochodów, przekonując że naprawdę jest pięcioosobowy, a to że nie ma pasów dla piątego pasażera naprawdę nie ma nic do rzeczy. Grecja.

Zdjęcia do wglądu są tutaj.

W Delfach było pięknie i świeciło słońce. Wyjazd uważam za udany. Mimo wszystko.

niedziela, 1 lutego 2009

Κατάληψη (Katalipsi)

W tym odcinku poznamy kolejne słówko: Κατάληψη - blokada, okupacja.

Strajkują i manifestują wszyscy, studenci, nauczyciele, rowerzyści, rolnicy, metro, lotniska. Semestr często przesuwa się o kilka tygodni (najpierw studenci strajkują blokując wejścia do budynków, następnie nauczyciele nie przychodząc do pracy). Suma summarum zajęcia trzeba nadrobić w trosce o edukację przyszłych demokratów.

Wszystko wydaje się być pod względną kontrolą dopóki strajkować nie zacznie stołówka. Nic tak nie paraliżuje życia w kampusie, nawet trzęsienia ziemi.

W swoich strajkach Grecy są solidarni, przyjmują zaistniałe utrudnienia jako wyraz dobrze pojętej demokracji i wykazują pełne zrozumienie dla strajkujących. Zapewne nie wpływa to dodatnio na PKB ale warto pokazać, że 'lud rządzi'.

A tak przy okazji, kiedy ostatnio szef dał wam podwyżkę?

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Nafplio, Epidauros, Mykeny


Nie wszystko w Grecji jest dwa razy droższe. Wynajęcie samochodu na 3 dni kosztowało nas tylko 6 euro od osoby za dzień. Nocleg pod namiotem, kąpiel w morzu i dobrą pogodę dostaliśmy gratis. Tak rysują się moje wspomnienia z wspólnej wycieczki sprzed dwóch miesięcy.

Pojechaliśmy dwoma samochodami (słowo to niesamowicie bawi Czechów i Słowaków), Czesi przygotowali program, ja zostałem naczelnym nawigatorem naszego samochodu. Wyposażeni w mapę o skali absolutnie nieadekwatnej do naszych potrzeb kierowaliśmy się na południe Peloponezu.

Po drodze wykonaliśmy sesję zdjęciową w starożytnym teatrze w Epidauros a także serię eksperymentów akustycznych . Żałuję, że sale egzaminacyjne nie mają takich właściwości dźwiękowych. Można komunikować się szeptem z odległości 50m.

Wieczorem dotarliśmy do Nafplio, gdzie w ruinach warownego zamku rozbiliśmy namioty. Z braku gitary radziliśmy sobie laptopem, opróżniając ostatni patriotyczny rekwizyt jakim był Pan Tadeusz.

Nazajutrz zwiedziliśmy okolice zamku i udaliśmy się do miejscowości zwanej Metana, gdzie termalne źródła ogrzewają przybrzeżne morskie wody. Z racji, że w Polsce panuje zapewne teraz klimat arktyczny nie podzielę się na forum wrażeniami z listopadowej kąpieli w morzu.

Wracając zahaczyliśmy o wulkaniczne wzgórze we wsi Volcano. Nie zapomnieliśmy także o Mykenach i grobie Agamemnona. Oczywiście wszystko na zdjęciach (niestety nie moich, aparatu... zapomniałem)

To była prawdziwa erasmusowa wycieczka, Czesi okazali się dobrymi organizatorami.

środa, 21 stycznia 2009

Wystawa malarstwa czeskiego

Tym wydarzeniem pokazane zostało dobitnie, że Erasmusi potrafią zorganizować nie tylko party. Szkoda, że tak niewiele podobnych inicjatyw ma miejsce.

Patra jest jak sanatorium - przyjeżdżają tu przeróżni studenci, przeważnie aby zażywać słońca, morza, imprez (tu walory lecznicze są dyskusyjne) i ogólnie pojętej erasmusowej atmosfery. Tylko dwa kierunki prowadzonę są w języku angielskim: Inżynieria Biomedyczna i Earthquake Engineering. Nie przeszkadza to bynajmniej przyjeżdżać studentom filologii angielskiej, ekonomii, inżynierii żywienia czy informatyki.

Tak też przyjechali Czesi. Większość z nich studiuje coś na kształt ASP. Przez kilka miesięcy malowali obrazy i przed wyjazdem zrobili wystawę. Na rozpoczęciu grał zespół, przyszła większość erasmusów. Jako pierwsi, nie okazując zainteresowania (albo zrozumienia) zmyli się Hiszpanie, następnie część Greków itd. Nie było techno z ostrym bitem ani mocnych drinków... Zostali Ci, którzy wiedzieli o co chodzi. 

Wystawa odbywała się w galerii, przeciętna cena obrazów wahała się od 300 do 600 euro. Chciałem nawet kupić jeden jako pamiątkę (oczywiście zanim dowiedziałem się ile kosztuje). Jeśli obrazy nie zostaną sprzedane to wracają do rąk autorów, którzy są bardziej wyrozumiali dla erasmusowych portfeli niż właściciele galerii.

Czesi wyjeżdżają w piątek. Dziś pożegnalna impreza. Spotkam się po raz ostatni z ludźmi z którymi zżyłem się trochę przez ostatnie trzy miesiące i których najprawdopodobniej już więcej nie zobaczę. Co by nie było to frakcja Czesko-Słowacka należała do najbardziej normalnych i pokrewnych kulturowo. Ech, kiedyś może opiszę wam o co w tym chodzi.

Jeśli zaś idzie o wystawę to myślę, że najwięcej wyjaśnią Wam zdjęcia.