czwartek, 19 marca 2009
Explanation
Tak więc w ostatnim czasie nic szczególnego nie uległo zmianie. Wzrosła jedynie ilość rzeczy, które chciałbym w tym miejscu opisać. Zdajecie sobie sprawę z tego, że jest to zadanie niemalże niewykonalne. Tu trzeba przyjechać, żeby zrozumieć.
Dziś urodziny Vincenta (Francuza). Zabieram gitarę i śpiewnik, który właśnie staram się z wielkim uporem dokończyć. Grecką modą kończę go już trzeci tydzień - łatwo się przyzwyczaić do stylu życia spod znaku 'let it bee'...
środa, 4 marca 2009
Zakończenie karnawału
Przypomnę nieśmiało, że to właśnie Patra staje się stolicą Grecji na czas karnawałowych zabaw. Dwa dni tęgiej hulanki poprzedzają postny poniedziałek zwany Καθαρή Δευτέρα.
Za jedyne 40 euro (można za więcej) wykupuje się członkostwo w karnawałowej grupie. Wiąże się ono z pewnymi przywilejami, pokroju zniżki lub darmowego wstępu na niektóre imprezy, jednak szczegóły owiewa tajemnica. Liczy się to, że w opłatę wstępną wliczony jest karnawałowy kostium, wspólny dla każdej grupy. Zyskuje się też prawo do przemarszu w karnawałowej paradzie.
Członkostwo sprzedawane jest w utworzonych na potrzeby tej okoliczności karnawałowych sklepach, które pojawiają się w Patrze wraz z rozpoczęciem okresu beztroskich zabaw.
Przez ostatnie dwa dni karnawału ludzie tańczą i piją na ulicach (w Grecji nie ma prohibicji). Wszędzie bawią się tłumy, tłumy, tłumy...
Oczywiście dla nas, Erasmusów, cena grupowego członkostwa była nie do przeskoczenia. Jednak w miarę możliwości stanęliśmy na wysokości zadania, wybierając wspólny kostium rodem z marketu. Naszą inspiracją była Amy Winehouse. Swoją drogą dobre nazwisko jak na Erasmusów...
sobota, 14 lutego 2009
Na Hiszpańskim dworze...
Myślę, że porównywalny sukces w zakresie rozwoju kultury i sztuki odniósł tylko Król Poniatowski organizując Obiady Czwartkowe...
Klika imprez u Hiszpanów mamy już za sobą (zdjęcia), a jutro kroi się następna. Warto docenić wkład własny uczestników w postaci przebrań oraz przygotowania Calimocho. Wykracza to w znacznej mierze ponad dotychczas przyjęty party standard, który charakteryzował się wybitnym przywiązaniem do średniej jakości studenckiego klubu Steki, gdzie aktywność uczestników nie wykraczała poza zakup kilku drinków we własnym zakresie. Jest to mały krok człowieka ale... no cóż, nie czarujmy się - do wieczorków poetyckich chyba tu nie dorośniemy.
Erasmus to temat dla psychologów i socjologów. Materiał na setki prac na temat konformizmu, pozornej uprzejmości, oportunizmu, różnic kulturowych, stosunków międzynarodowych itd. Czasem naprawdę lepiej jest odejść od zmysłów by nie zwariować.
Jenny?
środa, 11 lutego 2009
Ognista impreza
Pewien czas temu miałem przyjemność uczestniczyć w erasmusowym party. Wszak party to podstawa życia na wymianie.Wydawać by się mogło, że impreza jest tym bardziej udana im mniej się z niej pamięta. Tym razem jednak zaobserwowałem wyjątek od reguły. Party było udane i pozostanie w mej pamięci do końca życia, a to głównie za sprawą pewnej zabawnej przygody.
Grubo po północy, gdy wszyscy zatańczali się w najlepsze, nieznany sprawca uruchomił alarm przeciwpożarowy. Świdrujący dźwięk zatrzymał imprezę i sprawił, że wszyscy wytrzeźwieli w przeciągu 5 minut. No dobra, prawie wszyscy.
Problem trzeba było rozwiązać - wszak z sąsiadami zamieszkującymi otoczenie akademika nie utrzymywaliśmy zażyłych stosunków. Syrena wyjąca przez pół nocy mogła tylko pogorszyć sytuację (oczywiście jeśli było jeszcze co pogarszać).
Na wysokości zadania stanęli Hiszpanie, którzy (jak zawsze) pełni heroistycznego altruizmu ruszyli do walki. Po pewnym czasie dołączyły posiłki austriacko-polskie (nie, nie chodzi o to że ktoś zamówił golonkę i bigos).
W ciągu godziny rozszyfrowaliśmy zasadę działania alarmu i naprawiliśmy naruszone obwody elektryczne. Nawet udało nam się zamaskować uszkodzenia tak, że wyglądały prawie jak nowe. Nasze obolałe uszy ukoiła błoga cisza.
Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony reakcją moich przyjaciół. Część poszła spać, spora grupa zaczęła sprzątać, reszta naprawiała. Niesamowite.
BTW: Może zastanawiacie się, czemu do akademika z wyjącą przez godzinę syreną alarmową nie zawitała straż pożarna? Ja też się zastanawiam. Wyjątkowo, nie wnikam.
Peter forever
Myślę, że niejeden Erasmus zadał sobie wątpliwym głosem pytanie czy jego pożegnalne party będzie choć w części dorównywało minionej imprezie.
Co stanowiło o 'sukcesie' Słowaka? Był taki nieprzeciętny czy raczej uniwersalny? Po głębszych przemyśleniach uważam, że był prosty. Prosty w sensie nieskomplikowany (a przynajmniej nie bardziej niż to konieczne).
Nie ubierał się w koszule z kołnierzykami i nie recytował Homera (choć słowackie pieśni powstańcze znał na pamięć ;-) ). Nie był głęboki i wielowarstwowy. Nie był super-ambitny-i-dumny, nienagannie-uprzejmy, sympatycznie-słodko-uśmiechnięty. Był dowcipny i bezpośredni. Trzeba przyznać, że był sobą a nie tym na kogo chciałby wyglądać. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie.
Peter niejednokrotnie był kierowcą podczas naszych erasmusowych wycieczek. Pojawiał się też na chyba każdej imprezie.
Trochę przypominał jeansy. Nie mają falbanek ani koronek. Nie mają wbudowanego helikoptera ani GPS'a wszytego w nogawkę. Nie kosztują tyle co suknia wieczorowa czy spodnie z gore-tex'u. 100% of cotton, bez domieszek. Ale każdy je lubi, każdy je nosi i każdy uwielbia ten niebieski jeansowy kolor.
Pisząc ten tekst zdałem sobie właśnie sprawę, że przecież osobiście nie lubię jeansów właśnie dlatego, że noszą je wszyscy... Powiedzmy, że Peter pokazał mi, że nosząc niebieskie spodnie z Ameryki można czuć się dobrze i komfortowo.
Nic, koniec tego pochwalnego epitafium ;-) To, że będzie nam go brakowało jest oczywiste.
środa, 21 stycznia 2009
Wystawa malarstwa czeskiego
Patra jest jak sanatorium - przyjeżdżają tu przeróżni studenci, przeważnie aby zażywać słońca, morza, imprez (tu walory lecznicze są dyskusyjne) i ogólnie pojętej erasmusowej atmosfery. Tylko dwa kierunki prowadzonę są w języku angielskim: Inżynieria Biomedyczna i Earthquake Engineering. Nie przeszkadza to bynajmniej przyjeżdżać studentom filologii angielskiej, ekonomii, inżynierii żywienia czy informatyki.
Tak też przyjechali Czesi. Większość z nich studiuje coś na kształt ASP. Przez kilka miesięcy malowali obrazy i przed wyjazdem zrobili wystawę. Na rozpoczęciu grał zespół, przyszła większość erasmusów. Jako pierwsi, nie okazując zainteresowania (albo zrozumienia) zmyli się Hiszpanie, następnie część Greków itd. Nie było techno z ostrym bitem ani mocnych drinków... Zostali Ci, którzy wiedzieli o co chodzi.
Wystawa odbywała się w galerii, przeciętna cena obrazów wahała się od 300 do 600 euro. Chciałem nawet kupić jeden jako pamiątkę (oczywiście zanim dowiedziałem się ile kosztuje). Jeśli obrazy nie zostaną sprzedane to wracają do rąk autorów, którzy są bardziej wyrozumiali dla erasmusowych portfeli niż właściciele galerii.
Czesi wyjeżdżają w piątek. Dziś pożegnalna impreza. Spotkam się po raz ostatni z ludźmi z którymi zżyłem się trochę przez ostatnie trzy miesiące i których najprawdopodobniej już więcej nie zobaczę. Co by nie było to frakcja Czesko-Słowacka należała do najbardziej normalnych i pokrewnych kulturowo. Ech, kiedyś może opiszę wam o co w tym chodzi.
Jeśli zaś idzie o wystawę to myślę, że najwięcej wyjaśnią Wam zdjęcia.
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Karnawał

Kolej na Karnawał, w Patrze obchodzony jest bardzo hucznie. Miasto staje się na ten czas nieoficjalną stolicą Grecji, przyjeżdżają miliony Greków. Rządy nad Patrą sprawuje specjalny komitet karnawałowy, który przejmuje kontrolę nad wszystkim, z policją i strażą pożarną włącznie.
Wczoraj Grigoris (Grek) zdradził mi trochę na czym ten karnawał się opiera. Pozwólcie, że przedstawianie Greka przesunę na plan dalszy, zajmijmy się meritum.
Jak zwykle, zaczęło się od polskiej wódki, którą przywiozłem Grigorisowi. Po jednym drinku mój angielski has improved a Greg opowiadał malownicze historie...
Dawno dawno temu Patra była głównym eksporterem rodzynek, które wysyłano drogą morską głównie do Angli, gdzie stanowiły dodatek do herbaty czy whisky. Ponieważ położenie geograficzne Patry było pod tym względem wyśmienite zaczęto szybko windować ceny a miasto stawało się swoistym monopolistą.
Taki bieg rzeczy doprowadził do utworzenia klasy społecznej kupców i pracowników. I w zasadzie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że piękniejsza część płci pięknej pochodziła z niższej klasy workersów. Pojęciem pięknych kobiet w Grecji zajmiemy się przy innej okazji.
Co to był mezalians każdy wie. Synom kupców nawet nie wolno było się spotykać z córkami przedstawicieli niższej warstwy społecznej. Grecy mieli spory problem ale znaleźli i na to sposób.
Organizowano dancingi, gdzie wstęp był ekstremalnie drogi ale panie mogły wchodzić za darmo. Pozwoliło to odfiltrować pożądaną część społeczeństwa. Biedne ale piękne dziewczęta przychodziły, biedni młodzieńcy zostawali w domach. Oczywiście przychodzili też synowie i córki kasty kupieckiej.
Aby uniknąć problemów wszystkie kobiety miały obowiązek ubierania się na czarno i zakrywania twarzy. Skoro nie dało się rozróżnić twarzy czy ubioru to tym bardziej klasy społecznej. Kobiety prosiły panów do tańca a potem... szli zbierać oliwki ;)
Zwyczaj został zaadaptowany do dzisiejszych czasów, kilkanaście razy w trakcie karnawału ma miejsce impreza (której nazwy zapomniałem, przepraszam), na którą kobiety przychodzą ubrane na czarno od stóp do głów i podrywają mężczyzn. Jedyny sposób aby rozróżnić młodą dziewczynę od 100 letniej babci to... taniec. Potem oczywiście można zaprosić delikwentkę do klubu lub akademika ale na własne ryzyko. Nikt nie wie co zobczysz gdy nieznajoma odsłoni twarz...
Punkt dla Greków za poczucie humoru.
sobota, 17 stycznia 2009
Urodziny, jakie lubię
Jest rano po imprezie. Poranne (12:05) słońce świeci za oknem. Pionizacja jest niezbędna - muszę odrobinę postudiować przez weekend.
Wczoraj urodziny obchodziła jedna z Polek. Impreza w akademiku, 10 Polaków, Czech i Turek. Impreza trwała długo.
Tego samego wieczora Hiszpanie robili parapetówę w nowym mieszkaniu. Zaproszenie dostałem mailem o 14 (ach ci połudnowcy). Nie był to nazbyt szczęśliwy przypadek, gdyż spora część Erasmusów chciała uczestniczyć w obu imprezach. Suma sumarum wykazałem się patriotyzmem.
Przy kampusie jest Makro, studenci mogą kupować bez NIP-ów i innych dziwactw. Bardzo sensowne rozwiązanie. Wybrałem się tam na poszukwanie urodzinowego wina półsłodkiego z wyższej półki (45 min, były tylko tanie lub wytrawne) oraz wyciskarki do cytrusów (30 min, była na zupełnie innej półce).
Wniosek: nie łączcie nigdy ouzo z wódką.
piątek, 16 stycznia 2009
Happy birthday to u!

Po wczorajszych wydarzeniach upewniłem się, że jestem jednak trochę innym typem człowieka. Wieczorem zaprosiłem znajomych Greków. Tzn. w zasadzie to oni sami się zaprosili, ku mojej szczerej radości. Umówiliśmy się na 21. Posprzątałem, przygotowałem i czekam, czekam, czekam... nie przyszli.
Cóż zrobić? Poszedłem na imprezę (urodzinową).
Tutaj zatrzymam się na chwilę nad ideą imprez urodzinowych. Do dzisiaj zaskakuje mnie jak można świętować swoje urodziny wśród prawie anonimowego tłumu podrygującego w rytmie ostrego techno. Nie potrafię się przekonać do 'klubowych urodzin' współdzielonych ze wszystkimi innymi, którzy akurat tego wieczora pojawili się w klubie.
Zatem urodziny (tym razem jednej z Czeszek) wyglądały tak: poszedłem do Steki (klub w kampusie), kupiłem drinka (Baileys z mlekiem, mleko się skończyło), odnalazłem w tłumie solenizantkę, brzdęknęliśmy plastikowymi kubkami (życzenia składałem już wcześniej), spotkałem wyżej wspomnianych Greków, którzy wyjaśnili, że nie mogli przyjść i kiedy już znudziłem się jakże niemonotonnym klimatem techno postanowiłem wrócić do pokoju. Po drodze zostałem sowicie oblany drinkiem Słowaka, który wygłupiał się, tańcząc na parkiecie i tak udekorowany poszedłem do akademika.
Lubię techno i urodziny...
